Od Kraszewskiego do Norblina. Kilka historii z 19. Aukcji Antykwariatu Oktawian.
Od Kraszewskiego do Norblina. Kilka historii z 19. Aukcji Antykwariatu Oktawian.

Od Kraszewskiego do Norblina. Kilka historii z 19. Aukcji Antykwariatu Oktawian

Praca nad katalogiem aukcyjnym ma pewną właściwość, której nie widać później w gotowym spisie obiektów. Kiedy przez kilka tygodni bierze się do ręki kolejne książki, ryciny, mapy i dokumenty, mierzy je, opisuje, ogląda oprawy, karty tytułowe, podpisy i pieczęcie, po pewnym czasie przestaje się widzieć wyłącznie pozycje przeznaczone do sprzedaży. Zaczynają układać się z nich historie. Niekiedy wiadomo o nich bardzo dużo, innym razem pozostaje jedynie kilka śladów i pytań, na które zapewne nigdy nie uda się odpowiedzieć. W tym właśnie tkwi jedna z przyjemności pracy ze starą książką. Dwa egzemplarze tego samego wydania mogą mieć identyczną paginację i tę samą kartę tytułową, a mimo to po stu czy dwustu latach być już zupełnie różnymi przedmiotami. Jeden zachowa się niemal nietknięty, drugi będzie nosił ślady intensywnej lektury; w jednym znajdziemy ekslibris, w drugim odręczną dedykację, rachunek z księgarni albo zasuszony między kartami liść. Czasami wystarczy niewielka pieczęć lub podpis na odwrocie karty tytułowej, żeby katalogowanie zatrzymało się na dłużej.

Tak stało się przy dwóch tomach „Litwy” Józefa Ignacego Kraszewskiego, wydanych w Warszawie w latach 1847–1850. Tytuł dzieła jest tak rozbudowany, że właściwie sam stanowi jego program: Litwa. Starożytne dzieje, ustawy, język, wiara, obyczaje, pieśni, przysłowia, podania itd. Kraszewski próbował opowiedzieć o Litwie nie tylko poprzez kolejnych władców, wojny i wydarzenia polityczne. W pierwszym tomie przechodzi od geografii kraju i jego najdawniejszych dziejów do języka, wierzeń, kapłanów i obrzędów religijnych, następnie do prawa, obyczajów i życia codziennego, a osobne części poświęca litewskim pieśniom, przysłowiom i podaniom. Tom drugi prowadzi czytelnika przez historię XIII i XIV wieku: od okresu rozdrobnienia i Mendoga, przez Giedymina, Olgierda i Kiejstuta, aż do Jagiełły i roku 1386. Pierwsze wydanie całości ukazało się właśnie w latach 1847–1850.

Kraszewski, którego dziś najczęściej kojarzymy ze Starą baśnią, Hrabiną Cosel i imponującą liczbą napisanych powieści, był zarazem niestrudzonym zbieraczem materiałów, wydawcą źródeł i autorem prac historycznych. Z Litwą i Wilnem łączyła go długa więź, a Litwa dobrze pokazuje jego charakterystyczną skłonność do gromadzenia niemal wszystkiego, co mogło pomóc w odtworzeniu przeszłości. Obok historii politycznej znalazło się więc miejsce dla pieśni, podań, wierzeń, obyczajów i przysłów. Z dzisiejszej perspektywy nie wszystkie ustalenia dziewiętnastowiecznego autora zachowały oczywiście wartość naukową, ale samo dzieło pozostaje interesującym świadectwem epoki, w której zainteresowanie przeszłością coraz częściej wychodziło poza kronikę władców i bitew, próbując objąć również język, kulturę i codzienność ludzi.

Nasz komplet ma jednak jeszcze inną historię, zapisaną nie przez Kraszewskiego, lecz bezpośrednio na jego kartach. Na odwrocie kart tytułowych obu tomów znajduje się odręczny podpis J. Klukowskiego. Nie jest to zwyczajny podpis późniejszego właściciela. Estreicher, opisując wydanie Litwy, podaje jako nakładcę J. Klukowskiego, natomiast druk przypisuje Stanisławowi Strąbskiemu; znajdujący się w obu tomach podpis Klukowskiego wskazuje na stosowaną przez nakładcę markę ochronną. To niewielki szczegół, łatwy do przeoczenia przy szybkim kartkowaniu książki, a przecież prowadzący niemal do chwili, kiedy egzemplarz wchodził do obiegu księgarskiego. Zanim książka stała się własnością kolejnych czytelników, zanim trafiła do prywatnej biblioteki i zanim po ponad półtora wieku znalazła się na antykwarycznym stole, pozostawiono na niej znak związany z samym wydaniem.

Jeszcze ciekawszy ślad prowadzi do późniejszych losów obu tomów. Egzemplarz opatrzony został pieczęcią „Z księgozbioru R. Przegalińskiego”. Z dużym prawdopodobieństwem właścicielem księgozbioru był Robert Alfred Przegaliński (1840-1927), w źródłach występujący również jako Robert Alfons Przegaliński - prawnik, uczestnik powstania styczniowego, regionalista i bibliofil. Identyczną pieczęć odnotowano na innych dawnych drukach i wiązano właśnie z jego biblioteką. Pod koniec życia Przegaliński przekazał swój księgozbiór Katolickiemu Uniwersytetowi Lubelskiemu. Nie jesteśmy oczywiście w stanie odtworzyć całej drogi, jaką nasze dwa tomy Litwy przebyły od połowy XIX wieku do dzisiaj, możemy jednak uchwycić przynajmniej dwa jej punkty. Pierwszy znajduje się bardzo blisko narodzin książki i wiąże się z podpisem nakładcy J. Klukowskiego. Drugi należy już do historii konkretnego egzemplarza i prywatnej biblioteki Przegalińskiego. Pomiędzy jednym a drugim pozostaje przestrzeń, której być może nigdy nie uda się wypełnić.

  

W jednym komplecie spotykają się więc dwa znaki o zupełnie różnym charakterze. Podpis Klukowskiego należy jeszcze do historii powstania i rozpowszechniania wydania, pieczęć Przegalińskiego mówi już o późniejszych losach konkretnych książek. To dobra ilustracja czegoś, z czym antykwariusz spotyka się nieustannie: bibliografia pozwala ustalić historię wydania, ale dopiero egzemplarz zaczyna opowiadać historię samego siebie. Czasami robi to bardzo wyraźnie, czasami pozostawia zaledwie inicjał, pieczęć albo odręczną notatkę. Od takich znaków pozostawionych na papierze niedaleko już do innych śladów ludzkiej ręki, choć wykonanych zupełnie inną techniką i z inną intencją.

Jedną z najbardziej charakterystycznych grup na 19. Aukcji stanowi dziewiętnaście prac Jeana-Pierre’a Norblina de La Gourdaine’a. Wśród portretów, głów starców, postaci w charakterystycznych nakryciach głowy i scen rodzajowych znajduje się niewielka akwaforta „Rytownik w swojej pracowni”. Jest w niej coś szczególnie odpowiedniego dla aukcji grafiki: oglądamy gotową odbitkę, ale jej tematem jest człowiek zajmujący się właśnie pracą, dzięki której podobna odbitka mogła powstać. Łatwo dziś zapomnieć, że za niewielką grafiką leżał cały warsztat: przygotowana płyta, werniks, igła, kwas, farba, papier i prasa. Rysunek był początkiem, nie końcem procesu. Oferowana grafika została wykonana w technice akwaforty z użyciem suchej igły i jest odnotowana w podstawowych katalogach twórczości graficznej Norblina: Hillemachera, Frankego i Smolika.

Norblin pozostawił obszerny dorobek graficzny, a jednym z ważnych punktów odniesienia dla jego twórczości był Rembrandt. Fascynacja holenderskim mistrzem nie ograniczała się do powierzchownego naśladowania. Norblin studiował jego grafikę, interesował się możliwościami akwaforty, światłocieniem i sposobem budowania fizjonomii. Gdy pamięta się o tym kontekście, niewielkie akwaforty Norblina zaczynają wyglądać nieco inaczej. Mocne światło wydobywające twarz z ciemności, skupienie na fizjonomii, starcy, charakterystyczne nakrycia głowy czy półmrok wnętrza przestają być tylko efektowną manierą; stają się częścią dłuższej rozmowy artysty z europejską tradycją graficzną.

  

W przypadku Rytownika w swojej pracowni dochodzi jeszcze jeden interesujący poziom: grafika pokazuje własne zaplecze. Oglądając rycinę, zwykle widzimy efekt, a nie proces. Tutaj artysta kieruje uwagę właśnie ku procesowi. Jest to tym ciekawsze, że akwaforta dawała rysownikowi dużą swobodę. Pokrytą werniksem płytę można było opracowywać igłą niemal tak, jak rysuje się piórem; dopiero później odsłonięte linie poddawano działaniu kwasu. Z jednej płyty wykonywano kolejne odbitki, a artysta mógł do niej wracać i dalej nad nią pracować. Gotowa grafika była więc nie tylko obrazem, lecz rezultatem kilku następujących po sobie czynności. Ponad dwa stulecia później oglądamy odbitkę już bez warsztatu, bez prasy i bez człowieka pochylonego nad płytą. Pozostał papier i ślad farby.

To właśnie grafika przez stulecia była jednym z najważniejszych sposobów rozpowszechniania obrazu. Dzisiaj możemy wykonać fotografię przedmiotu w kilka sekund i niemal natychmiast pokazać ją tysiącom osób. W XVII wieku, jeżeli czytelnik miał zobaczyć zwierzę, roślinę, odległe miasto albo portret człowieka, którego nigdy nie spotkał, potrzebny był rysownik i rytownik. Szczególnie dobrze pokazują to trzy dzieła Jana Jonstona znajdujące się w katalogu naszej aukcji. I tutaj warto zatrzymać się na chwilę dłużej, bo nie są to pojedyncze ilustracje wyjęte z dawnych ksiąg, lecz trzy pokaźne woluminy należące do jednego z najbardziej niezwykłych przedsięwzięć przyrodniczych XVII stulecia.

Jan Jonston, lekarz, pedagog, filozof i przyrodnik, urodził się w 1603 roku w Szamotułach. Pochodził z rodziny o szkockich korzeniach, kształcił się w kilku europejskich ośrodkach i znaczną część życia związał z Lesznem. Jego Historia naturalis była próbą zebrania i uporządkowania ówczesnej wiedzy o świecie zwierząt. Jonston pracował jednak w rzeczywistości naukowej zupełnie innej od naszej. Wiedza odziedziczona po autorach starożytnych i renesansowych spotykała się w niej z nowymi relacjami podróżników i wiadomościami napływającymi z coraz lepiej poznawanych części świata. Nie każdą informację można było sprawdzić, a granica pomiędzy tym, co widziano na własne oczy, tym, co przekazał wiarygodny autor, i tym, co przez stulecia powtarzano za dawnymi autorytetami, wyglądała inaczej niż dzisiaj.

Na aukcji znalazły się trzy różne części tego świata. Pierwsza to „Historiae naturalis de piscibus et cetis” wraz z „De exangvibus aqvaticis”, Frankfurt 1650 - dwie części należące do pierwszego wydania Historiae naturalis, poświęcone rybom, waleniom i zwierzętom wodnym określanym w ówczesnej terminologii jako „bezkrwiste”. Druga to „Historiae naturalis. De insectis... de serpentibus et draconibus”, Amsterdam 1657, gdzie obok owadów, pająków czy skorpionów pojawiają się również węże i smoki. Trzecia to „Theatrum universale de avibus”, Frankfurt 1756 - późniejsze wydanie części poświęconej ptakom, zawierające aż 62 całostronicowe tablice miedziorytnicze.

Jest w tym pewien paradoks. Znaczna część wiedzy przyrodniczej zawartej w siedemnastowiecznych kompendiach musiała z czasem ustąpić miejsca nowym obserwacjom i nowoczesnej systematyce, podczas gdy ich warstwa ilustracyjna nadal potrafi zachwycać. Miedzioryty, które miały przede wszystkim pomagać w poznawaniu natury, po trzech i pół stuleciach stały się również obiektami zainteresowania historyków książki, bibliofilów i kolekcjonerów grafiki. W naszym przypadku najciekawsze jest jednak to, że ilustracje pozostały tam, gdzie pierwotnie miały być - w książkach. Możemy więc oglądać je nie jako oderwane obrazy, lecz jako część całego siedemnastowiecznego przedsięwzięcia wydawniczego.

Między naukową ilustracją XVII wieku a książką artystyczną wieku XX zmieniło się niemal wszystko: sposób druku, funkcja obrazu, jego stosunek do tekstu, a przede wszystkim oczekiwania czytelnika. Nie zmieniła się jedna rzecz - ilustrator nadal może sprawić, że konkretne wydanie zaczynamy traktować jako osobny przedmiot, a nie tylko kolejny nośnik tego samego utworu. Trudno o lepszy przykład niż „Dekameron” Giovanniego Boccaccia z ilustracjami Mai Berezowskiej, wydany w Warszawie w 1930 roku. Pełny przekład stu opowieści przygotował Edward Boyé, książkę otwiera słowo wstępne Kornela Makuszyńskiego, a całość uzupełniają ilustracje Berezowskiej - w naszym egzemplarzu zachowało się dziewiętnaście tablic.

Jej rysunki nie próbują udawać średniowiecznych miniatur. Są świadomie nowoczesne, lekkie, dekoracyjne i pełne charakterystycznej dla Berezowskiej zmysłowości, a jednocześnie dobrze współgrają z materią książki, w której erotyka, żart, obyczajowa obserwacja i kpina z ludzkich słabości są przecież obecne od stuleci. Właśnie w takich książkach nazwisko ilustratora zaczyna mieć dla kolekcjonera niemal takie samo znaczenie jak nazwisko autora. Tekst Dekameronumożna przeczytać w dziesiątkach wydań, ale tylko konkretne wydanie jest Dekameronem Berezowskiej. To drobna, lecz ważna różnica między czytelnictwem a bibliofilstwem. Czytelnik przede wszystkim pyta, co znajduje się w książce. Bibliofil wcześniej czy później zaczyna również pytać: w jakiej książce ten tekst się znalazł? Kto ją zilustrował, kto zaprojektował, jak rozwiązano kartę tytułową, oprawę i typografię? Literatura pozostaje ta sama, ale przedmiot staje się świadectwem konkretnej epoki, oficyny i artysty.

 

Książki potrafią przechowywać nie tylko tekst i obraz, ale również pamięć o świecie, którego już nie można zobaczyć. Z tego powodu tak wdzięczną lekturą pozostaje W Wilnie i w dworach litewskich. Pamiętnik z lat 1815–1843 Gabrieli z Güntherów Puzyniny. Wspomnienia prowadzą przez świat pierwszej połowy XIX wieku: Wilno, życie ziemiańskie, dwory, rodzinne relacje, ludzi znanych i zapomnianych, obyczaje i wydarzenia, które dla autorki nie były jeszcze „historią”, lecz teraźniejszością. Pamiętnik ukazał się drukiem dopiero w 1928 roku i właśnie ten dystans między czasem opisywanym a momentem publikacji jest jednym z elementów jego uroku.

Pamięć z natury rzeczy wybiera. Zachowuje szczegół, twarz, rozmowę, wizytę, strój, plotkę czy rodzinne wydarzenie, podczas gdy rzeczy uznane później przez historyków za doniosłe mogą przesunąć się gdzieś na dalszy plan. Właśnie dlatego pamiętniki są tak cennym uzupełnieniem dokumentów urzędowych. Historia zapisana w archiwum mówi nam, co postanowiono, kto sprawował urząd i kiedy wydarzyła się bitwa. Pamiętnik potrafi powiedzieć, kto przyszedł z wizytą, o czym rozmawiano, czym zajmowano się wieczorem i jakie drobne zdarzenie okazało się na tyle ważne, że autor postanowił je zachować. To inny rodzaj źródła, a zarazem inny rodzaj spotkania z przeszłością.

Z Wilna i litewskich dworów można przejść do przedmiotu, który również opowiada o przestrzeni, choć czyni to zupełnie innym językiem. Jest nim „La Prusse divisée en Prusse Royale, et Prusse Ducale”, mapa opracowana według francuskiego kartografa Didiera Roberta de Vaugondy’ego i wydana przez Paola Santiniego w Wenecji w 1778 roku. Miedzioryt z kolorowaniem liniowym pokazuje Prusy Królewskie i Prusy Książęce, sieć miejscowości, rzek i jezior oraz granice terytorialne; zachowany arkusz ma imponujący format 52,8 × 75 cm. Dzisiaj oglądamy mapę przede wszystkim jako dokument historyczny i obiekt kolekcjonerski. Jej pierwszy użytkownik patrzył na nią inaczej. Dla niego nie przedstawiała „dawnych granic”. Przedstawiała świat współczesny.

  

Mapy mają osobliwą zdolność starzenia się. Rzeka pozostaje rzeką, miasto często pozostaje miastem, ale linia wyznaczająca granicę może w ciągu jednego ludzkiego życia kilkakrotnie zmienić znaczenie. Nazwy znikają, pojawiają się nowe państwa, dawne podziały administracyjne stają się materiałem dla historyka. Papier trwa, podczas gdy rzeczywistość, którą miał opisywać, przestaje istnieć. W tym sensie dawna mapa jest czymś więcej niż obrazem przestrzeni: jest zatrzymanym momentem. Pokazuje świat nie takim, jaki był „kiedyś” w ogóle, ale takim, jaki ktoś próbował uporządkować i przedstawić w bardzo konkretnym czasie.

I być może właśnie dlatego ostatni przedmiot tej opowieści robi tak duże wrażenie, mimo że pod względem wykonania jest od mapy Santiniego nieporównanie skromniejszy. To karta do głosowania z wyborów prezydenckich w Niemczech w 1932 roku. Żadnej artystycznej grafiki, żadnej ozdobnej oprawy. Zwykły druk użytkowy, którego naturalnym losem powinno być spełnienie swojej funkcji i zniknięcie. Na karcie znajdują się nazwiska Paula von Hindenburga, Adolfa Hitlera i Ernsta Thälmanna - kandydatów drugiej tury wyborów prezydenckich przeprowadzonej 10 kwietnia 1932 roku. W pierwszej turze żaden z kandydatów nie zdobył wymaganej większości bezwzględnej. W drugiej Hindenburg otrzymał 53,1 procent głosów, Hitler 36,8 procent, a Thälmann 10,2 procent. Na zachowanym egzemplarzu widnieje znak „X” przy nazwisku Hindenburga.

Dzisiaj trudno patrzeć na te trzy nazwiska wydrukowane obok siebie bez wiedzy o tym, co nastąpiło później. Warto jednak na chwilę spróbować tej wiedzy się pozbyć. Człowiek, który 10 kwietnia 1932 roku dostał taką kartę do ręki, nie wiedział, jak będzie wyglądał styczeń następnego roku, nie znał dalszych losów Republiki Weimarskiej ani wydarzeń następnej dekady. Trzymał nie „dokument historyczny”, lecz zwyczajną kartę wyborczą dotyczącą jego teraźniejszości. To my znamy następny rozdział. On dopiero miał się wydarzyć. I może właśnie w takich przedmiotach najlepiej widać różnicę pomiędzy historią przeżywaną a historią opisaną później w książkach. Podręcznik porządkuje wydarzenia, zna ich następstwa i potrafi wskazać punkty zwrotne. Człowiek uczestniczący w wydarzeniu widzi tylko dzień dzisiejszy.

 

I w tym miejscu można właściwie wrócić do początku. Do dwóch tomów Kraszewskiego, podpisu nakładcy i niewielkiej pieczęci dawnego księgozbioru. Przedmioty zebrane na 19. Aukcji Antykwariatu Oktawian dzielą całe stulecia, techniki wykonania i pierwotne przeznaczenie. Siedemnastowieczne księgi przyrodnicze miały porządkować wiedzę o świecie zwierząt, mapa miała porządkować przestrzeń, karta wyborcza służyła jednemu głosowaniu, pamiętnik zachowywał wspomnienia, akwaforta Norblina była dziełem sztuki, a Litwa Kraszewskiego próbą zebrania i opisania przeszłości całego kraju. Nie powstały po to, aby kiedyś znaleźć się obok siebie w katalogu aukcyjnym. Zrobiły to dopiero ich późniejsze losy.

Praca antykwariusza ma zresztą wiele wspólnego z takim przypadkiem. Rzadko można przewidzieć, co pojawi się jutro. Książka stojąca przez kilkadziesiąt lat w domowej bibliotece trafia do antykwariatu, obok niej pojawia się grafika, która przez dwa stulecia wędrowała zupełnie inną drogą, a kilka dni później mapa albo dokument. Na krótki czas rzeczy spotykają się na jednym stole. Są fotografowane, opisywane, porównywane z bibliografią, czasami zmuszają do kilkugodzinnego szukania jednej informacji. Potem powstaje katalog, odbywa się aukcja i cały zbiór ponownie się rozpada. Każdy przedmiot idzie w swoją stronę.

Być może właśnie to jest w antykwariacie najbardziej interesujące. Nie obcujemy z przeszłością abstrakcyjną, zamkniętą w datach i nazwiskach, ale z przedmiotami, które rzeczywiście przez tę przeszłość przeszły. Ktoś otwierał te książki przed nami. Podpis J. Klukowskiego znalazł się na odwrocie kart tytułowych Litwy, zanim książki rozpoczęły swoją długą wędrówkę przez kolejne biblioteki. Robert Przegaliński - jeżeli to rzeczywiście jego księgozbiór, na co wskazują znane analogie - wziął później te tomy do ręki i włączył do własnej biblioteki. Ktoś oglądał zwierzęta Jonstona, gdy wiedza o świecie wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. Ktoś rozkładał mapę Santiniego i widział na niej współczesną sobie Europę. Ktoś wreszcie trzymał w dłoni kartę z trzema nazwiskami w kwietniu 1932 roku, nie wiedząc tego wszystkiego, co wiemy my.

Dlatego stare książki, grafiki i dokumenty mają czasem przewagę nad najdokładniejszym nawet opisem historii. Nie opowiadają wszystkiego. Przeciwnie - bardzo często mówią niewiele. Pozostawiają nazwisko, pieczęć, kreskę na marginesie, ślad palca, numer biblioteczny, podpis albo zagięty narożnik. Resztę trzeba odnaleźć w źródłach, a czasem pogodzić się z tym, że już nigdy jej nie poznamy. Dzięki temu jednak przeszłość przestaje być wyłącznie opowieścią o ludziach, których dawno nie ma. Na chwilę staje się czymś materialnym.

Dziewiętnaście grafik Norblina, starodruki Jonstona, dawne mapy, książki, pamiętniki, ilustracje i dokumenty po zakończeniu 19. Aukcji Książek i Grafiki Antykwariatu Oktawian znów się rozejdą. Trafią do innych bibliotek, gabinetów, kolekcji i domów. Być może za kilkadziesiąt lat któryś z tych przedmiotów ponownie pojawi się na antykwarycznym stole. Ktoś otworzy książkę, odwróci grafikę, obejrzy mapę pod światło i będzie próbował ustalić jej wcześniejsze losy. Może znajdzie również ślad pozostawiony przez właściciela, którego dziś jeszcze nie znamy.

I dopisze do tej historii następny rozdział.

Zobacz pełny katalog 19. Aukcji Książek i Grafiki Antykwariatu Oktawian

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl